Nie mogło przecież zabraknąć kulinarnego podsumowania mijającego już roku! Poznałam wiele nowych smaków, niektóre podbiły moje podniebienie, inne wspominam z przymrużeniem (czyt. ściśnięciem) żołądka. Z pewnością kuchnia chińska w wydaniu szanghajskim czy potrawka z psa mogły okazać się smaczniejszymi przygodami, ale… próbować będę dalej, zwłaszcza że naprawdę smacznych przeżyć w mijającym roku miałam o wiele więcej niż wielkich rozczarowań. Poniższa lista ma kolejność zupełnie przypadkową i powiem szczerze – wybór topowej piątki był dużym wyzwaniem…

Na początek miska rozgrzewającego rosołu z ręcznie robionym makaronem, brzmi dobrze prawda? Hmm… a może makaron z podsmażonymi warzywami w wersji wściekło-pikantnej? Z chęcią bym raz jeszcze popatrzyła na fruwająco-latający makaron a jeszcze chętniej bym zjadła jego porcję. Najchętniej w wersji z ziemniakami… Oj, zjadłabym 🙂

KLIK – więcej o chińskim makaronie

tofunapatyku_kuchnia_chinskatofunapatyku_kuchnia_chinska

Tofunapatyku_kuchnia_chinska

Jednym z większych odkryć 2013 roku są dla mnie z pewnością ślimaki. Po raz pierwszy zjedzone u mojej  chińskiej znajomej Seleny, po raz drugi w Warszawie. Za każdym razem z lekkim zdziwieniem odkrywałam, że ślimaki są pyszne i smakują mi bardzo. Ślimak jest dla mnie najlepszym przykładem, że oczy w jedzeniu mogą zmylić 😉

1

2

Baozi i jiaozi to z pewnością nie jest odkrycie mijającego roku, bo poznaliśmy się troszkę wcześniej, za to na pewno mogę je traktować trochę w kategoriach uzależnienia, co mijający rok tylko potwierdził. Nie będę się specjalnie rozpisywać, bo popełniłam całkiem pokaźnych rozmiarów wpis na ich temat. Nie ważne jednak jak wiele o nich bym nie napisała baozi, a zwłaszcza jaozi to dla jedno z najlepszych dań jakie kiedykolwiek jadłam!

KLIK – więcej o baozi i jiaozi

tofunapatyku_kuchnia_chinska

unapatyku_kuchnia_chinska_baozi_jiaozi

unapatyku_kuchnia_chinska_baozi_jiaozi

Nie sposób nie wspomnieć o Paryżu i francuskich przysmakach, które miałam okazję tam próbować. Bagietki, sery, naleśniki… wszystko to było dla mnie wielką zachętą i trochę wodzeniem żołądka na pokuszenie, więc wyjechałam w Paryża z przekonaniem, że te wszystkie pyszności to tylko początek i z kuchnią francuską z pewnością poznam się lepiej.

KLIK – wiecęj o francuskich przysmakach

3

4

5

I na koniec kilka słów o tofu. O tym tofu, które jadłam w Kunmingu – prosto z grilla, posypane chilli i szczypiorkiem. Pokrojone na małe kwadraty, żeby było łatwiej jeść drewnianym patyczkiem. O tym tofu, które jest troszkę chrupiące na zewnątrz i delikatnie kremowe w środku… Chyba czas opracować własny przepis 🙂

KLIK – więcej o tofu

28

31

29

A jakie są Wasze kulinarne odkrycia mijąjcego roku? Jestem bardzo ciekawa!

Koniec roku to czas podsumowań, prawda? Zapraszam Was więc gorąco na mój osobisty przegląd roku 2013 w trzech odsłonach. Na początek – najfajniejsze miasta, które w tym roku odwiedziłam. Króluje Azja, choć zdarzył się europejski wyjątek 🙂

Na miejscu pierwszym KUALA LUMPUR – po prostu moje miejsce w Azji. W Kuala Lumpur czuję się jak u siebie. Łatwo tu można znaleźć prawdziwą Azję i równie szybko poczuć ducha nowoczesnej metropolii w europejskim wydaniu. Do tego, a może przede wszystkim wielokulturowość, którą uwielbiam podglądać – pod tym względem KL jest jednym z ciekawszych miejsc, w których byłam. Ninje* z torebkami LV na obiedzie w McDonaldzie, Hindus rozmawiający z Chińczykiem po angielsku, zapomniana kamienica pamiętająca czasy kolonii brytyjskiej a obok przywołujący na myśl baśnie tysiąca i jednej nocy kolorowy meczet.

Wybaczam ciężki klimat i dwa szczury, które miałam okazję tam spotkać. Szczurom wybaczam, bo bawiły się w ganianego całkiem uroczo (od palmy do palmy), klimat z gatunku oblepiająco-gorący też wybaczam, bo w sumie wolę tropik totalny niż Syberię.

Więcej zdjęć Kuala Lumpur!

Malezja, Kuala Lumpur, najfajniejsze miasta roku 2013

Malezja, Kuala Lumpur, najfajniejsze miasta roku 2013

Malezja, Kuala Lumpur, najfajniejsze miasta roku 2013

Malezja, Kuala Lumpur, najfajniejsze miasta roku 2013

Malezja, Kuala Lumpur, najfajniejsze miasta roku 2013

Drugie miejsce – HONG KONG. Jest coś magicznego w tym miejscu i szalenie hipnotyzującego, choć potrzebowałam trochę czasu, żeby zaczał być realny. W roku 2010, kiedy w HK byłam po raz pierwszy wszystko wydawało mi się jakby narysowane, nieco zbyt niesamowite, by było prawdziwe. Za drugim podejściem, tym w 2013 roku po prostu cieszyłam się byciem w HK. Dałam mu chwilkę, żeby mnie pozachwycał i zaczarował, i to też uczynił. A spacer Nathan Road to punkt obowiązkowy – mnóstwo ludzi, samochodów, piętrowych autobusów i świecących się reklam – absolutnie filmowy widok!

Więcej zdjęć Hong Kongu!

Hong Kong, najlepsze miasta 2013

Hong Kong, najlepsze miasta 2013

Hong Kong, najlepsze miasta 2013

Hong Kong, najlepsze miasta 2013

Hong Kong, najlepsze miasta 2013

Na mojej liście musiał znaleźć się SZANGHAJ – miejsce gdzie można poczuć jak wyglądały Chiny kiedyś i zrozumieć jak Chiny będą wyglądać wkrótce. Oszałamiająca metropolia z ogromnymi kontrastami, które aż rażą w oczy, ale tak właśnie wyglądają dzisiejsze Chiny. Nawet kiedy piszę te słowa wiem, że gdybym miała możliwość wpaść na chwilkę albo dwie do Szanghaju nie wahałabym się nawet sekundy. Miasto ma po prostu fajną atmosferę i klimat, który bardzo przypadł mi do gustu.

Więcej zdjęć Szanghaju!

Chiny, Szanghaj, najlepsze miasta 2013

Chiny, Szanghaj, najlepsze miasta 2013

Chiny, Szanghaj, najlepsze miasta 2013

Chiny, Szanghaj, najlepsze miasta 2013

Chiny, Szanghaj, najlepsze miasta 2013

SZTOKHOLM – europejski rodzynek, który w pełni zasługuje na zajęcie wysokiego miejsca w moim rankingu. Dostojny, dyskretny w przepychu, nie przytłacza. Lubię kiedy miasta mają wszystkie przywileje metropolii a nie czujesz się w nich jak igła w stogu siana. Sztokholm to nie jest pędzące miasto, pełne rozmachu czy gwaru, ale dzięki temu właśnie szwedzka fika smakuje tam tak wybornie.

Więcej zdjęć Sztokholmu!

Szwecja, Sztokholm, najlepsze miasta 2013

Szwecja, Sztokholm, najlepsze miasta 2013

Szwecja, Sztokholm, najlepsze miasta 2013

Szwecja, Sztokholm, najlepsze miasta 2013

Szwecja, Sztokholm, najlepsze miasta 2013

Zaszczytne piąte miejsce przypadło LUANG PRABANG. Małe i idylliczne miasteczko w Laosie. Kojarzy mi się z przytulnym balkonem, na którym spędzałam całe dnie i na którym grzałam kości wymarzłe trzymiesięczną podróżą po zimnych Chinach, świeżą bagietką i mocną kawą ze skondensowanym mlekiem. Luang Prabang oznacza dla mnie błogie lenistwo 🙂

Więcej zdjęć Luang Prabang!

Laos, Luang Prabang, najlepsze miasta 2013

Laos, Luang Prabang, najlepsze miasta 2013

Laos, Luang Prabang, najlepsze miasta 2013

Laos, Luang Prabang, najlepsze miasta 2013

Laos, Luang Prabang, najlepsze miasta 2013

*Ninja – potoczne określenie miłych Pań, którym tylko oczy widać. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam tym określeniem, ale drugiego, bardziej trafnego chyba ze świecą szukać 🙂

Wesołych Świąt! Blog podróżniczo-kulinarny

Ten wpis sponsorowany jest przez Ewę, która przepysznie rozpuszczała mnie w Paryżu i przez którą francuskie przysmaki śnią mi się po nocach do dzisiaj 🙂

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery

Bez zbędnego wstępu  przechodzę od razu do sedna a właściwie do karmelu!

Bo na szczególną uwagę zasługuje mały, szklany słoiczek z piękną literką „g” na wierzchu. Słoiczek skrywał półpłynne cudo, które powszechnie nazywane jest słonym karmelem. Mogłabym o nim pewnie napisać jakieś pochwalne pieśni… Że kremowy idealnie, że słodycz przełamana delikatną słoną nutą to połączenie co najmniej genialne… Niestety! Wszystko co pyszne, szybko się kończy. W tym przypadku koniec był o tyle przykry, że słoiczek był tylko jeden a par rąk do wygrzebania z niego resztek aż trzy!

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery

 

Wracając do tematu typowych, francuskich przysmaków. Nie ma Francji bez bagietki, prawda? Chrupiącej bagietki prosto z boulangerie! Szalenie podoba mi się francuski zwyczaj porannego spaceru celem zakupu świeżego pieczywa. A gdzie jest bagietka jest i kawałek sera, malina czy figa. A to połączenie sprawia, że mogę spędzić przy stole pół dnia delektując się smakiem koziego sera czy innego śmierdziucha. Wyobraźcie sobie – pierwszy raz w Paryżu, Wieża Eiffela czeka, ba! cały Paryż czeka a w mojej głowie tylko sery, bo wycieczki po Paryżu poszły już w niepamięć 😉 Z drugiej strony, zerknijcie na zdjęcia poniżej – dziwicie się, że wybrałam te wszystkie pyszności?

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Ach, nie może przecież zabraknąć zdjęcia prawdziwej, francuskiej boulangerie z prawdziwą, francuską kolejką po bagietkę!

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

I lokalnego targu, rzecz jasna tylko z francuskimi przysmakami 😉

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Niestety, czasu zbyt wiele w Paryżu nie spędziłam (raptem trzy dni!), więc i moje kulinarne podróże były bardzo ograniczone. Tym razem, głównie dla dobra moje portfela, nie pozwoliłam sobie na żabie udka czy ślimaki. Wybrałam za to proste i pyszne, i jakże francuskie danie – naleśniki. W wersji na słono (galette) spodziewajcie się ciemnego ciasta i ogromnego wyboru farszów, w wersji na słodko (crêpes) przygotujcie się na niebo na talerzu 🙂

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

No i cydr! Fascynacja i moda na cydr przeszła obok mnie do czasu, kiedy pojechałam do Paryża. Lekko kwaskowy i orzeźwiający smak w połączeniu z doborowym towarzystwem – dla mnie rewelacja 🙂 Bon Apetit!

Francja, Paryż, kuchnia francuska, francuskie przysmaki, francuskie sery, słony karmel

Majestatyczny i dostojny, iście królewski, pełen przepychu. Trochę napuszony, lekko nadąsany. I nieco zabawny.

Paryż najpierw mnie rozczarował (katedra Notre Dame), potem przytłoczył (ach, ten francuski przepych!), później mnie zafascynował (Montmartre) a na koniec zaczarował (te uliczki gdzieś „pomiędzy” i kawiarnie, które zawsze są na rogu, i oczywiście zapach świeżej bagietki, który działa jak magnez i zawsze prowadzi do najbliższej boulangerie).

Trzy dni w Paryżu to zdecydowanie za mało, by Paryż dobrze poznać ale z pewnością w sam raz, by się dowiedzieć, że chcę tam wrócić. Choć wiem, że mimo ogromnego uroku Paryż moim miejscem na Ziemi nie jest i ten francuski dystans „why nobody speaks French?” jest tak samo zabawny co denerwujący 😉

A o bagietkach, serach i innych pysznościach póki co nie wspominam, ale szykujcie się – prawdziwe francuskie przysmaki już wkrótce 🙂

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Francja, Paryż, katedra Notre Dame, Paryż opinie, Paryż co warto zobaczyć

Żyjąc w kraju Sherlocka Holmesa, Harry’ego Pottera, Jane Austen, Adele, Monty Pythona i lewej nogi Davida Beckahma (prawej skądinąd też)… czyli krótka historia o zmianie bloga podróżniczo-kulinarnego w bloga emigrancko-kulinarnego.

 

Zazwyczaj początek jesieni jest dla mnie czasem, kiedy podejmowane są decyzje „i co dalej?”. I nie inaczej było tym razem! Początkowy plan obejmował przezimowanie w Bangkoku, kusiła również wizja nieodkrytych jeszcze Indii a w końcu stanęło na… Londynie. Naprawdę! Aż sama się dziwię, że ta „angielska decyzja” została podjęta tak szybko i z taką radością, i że już została wprowadzona w życie.

Przeprowadzka do uroczej Anglii (o której póki co nie mam prawa pisać, że jest deszczowa, bo słońcem rozpieszcza) chwilkę zajęła, stąd też długa cisza na blogu. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym małej wycieczki przy okazji przeprowadzki nie zorganizowała J Więc by od razu w pęd układania sobie życia w nowym miejscu nie wchodzić spędziłam w Paryżu kilka przesmacznych dni… O czym z pewnością już za moment usłyszycie na blogu.

Tofu Na Patyku troszkę się zmieni! W najbliższym czasie będę Was zabierać na wycieczki śladami Bansky’ego lub zaproszę na rybę z frytkami oraz pudding. Słowem na blogu będzie bardziej „po angielsku”, choć o moich azjatyckich przygodach nie zapomnę, więc i Azja od czasu do czasu na Tofu się pojawi.

Zanim jednak o Londynie i pierwszych wrażeniach… Bonjour Paris! Ale o tym w następnym wpisie 🙂

selfik

Sytuacja wygląda źle. Siedzę na kanapie. Za oknem świeci piękne słońce, przez uchylone okno wpada ciepłe i świeże powietrze, w oddali widzę kolorowe drzewa – najładniejszy symbol polskiej, złotej jesieni. Mieni się złoto, pomarańcz i czerwień i nie mam najmniejszych wątpliwości, że październik w tym roku dał z siebie wszystko to, co najpiękniejsze. Nie zmienia to jednak faktu, że siedzę na kanapie i zaliczam koncertowy wręcz spadek chęci i energii. Takie typowe „nic mi się nie chce!”.

Na kanapie nie siedzę więc sama. Towarzyszą mi rogaliki z ciasta francuskiego, albo małe batoniki, albo cokolwiek innego, byle słodkiego. Moje „nic mi się nie chce” przekłada się również na kulinarną wenę – w kuchni spędzam dokładnie tyle czasu, ile wymaga ode mnie śniadanie czy obiad, ewentualnie dorzucam parę minut na zrobienie rogalików. Parę minut? Pewnie, to są najbardziej leniwe rogaliki na świecie, choć jednocześnie trafiają do kategorii jednych z najlepszych 😉

jesienna senność sposoby

Przepis na rogaliki dla leniwców: rozmrożone ciasto francuskie kroję na mniejsze kawałki, najczęściej na kwadraty, na każdy kawałek kładę troszkę dżemu jagodowego i troszkę mniej ricotty. Zawijam na prędce, złoszcząc się na samą siebie, że znowu się nie przyłożyłam i nie chcą mi wyjść zgrabne rogaliki. (Powstaje mi za to twór rogalikopodobny, który złości mnie do pierwszego kęsa, po nim jest mi wszystko jedno jaką formę rogalik przyjął. ) Piękę w 220 stopniach około 15 minut. Po czym przystępuję do dmuchania i chuchania, żeby rogalik był jak najszybciej jadalny bez opcji poparzenia.

Prawdopodobnie w większości przepisów z ciastem francuskim znajdziecie informację, żeby piec ciasto do „zarumienienia”. A u mnie bladziochy, czyli byle ciasto nie było surowe 😉 Nie przekonują mnie szczególnie rumiane wypieki, ale jak wiadomo, kwestia gustu, więc rumieńcie rogaliki jeśli lubicie 🙂

jesienna senność sposoby

jesienna senność sposoby

jesienna senność sposoby

Bywa jednak, że rogaliki to trochę za mało, by osłodzić mi jesienną aurę (moją aurę, nie tą na zewnątrz rzecz jasna)… Przychodzi więc czas na batoniki. Batoniki tak słodkie, że bardziej słodkie już być nie mogą, tak słodkie, że po kawałku (no dobrze, czasem dwóch) żyje zdaje się być piękniejsze, a na pewno słodsze 😉

jesienna senność sposoby

Przepis na leniwe batoniki: kruche ciasto rozkładam na blaszce, na ciasto sypię orzechy lub/i płatki migdałów, które następnie polewam miodem. Piekę w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni około 25 minut. Niestety, batoniki można uformować dopiero po całkowitym wystygnięciu ciasta, więc na degustację trzeba poczekać dłużej, co nie zawsze mnie cieszy…

Batoniki są leniwe głownie dlatego, że kruche ciasto robi mi mama 😉 Serio, serio – mistrzem cukiernictwa to ja nie jestem, ambicji w tym kierunku nie mam żadnych, a kiedy pomyślę, ile sztukę cukiernictwa trzeba praktykować, by osiągnąć przyzwoity poziom i że wiąże się to bezpośrednio z moją wielkością (szerokością?) to odpuszczam, zanim jeszcze zacznę 😉

jesienna senność sposoby

I na koniec, zaproszenie – kto do mnie dołączy na czekoladę z pomarańczą? A może tylko mnie dopadła „jesienna depresja”?

jesienna senność sposoby

Przypomniałam sobie ostatnio, że jakiś czas temu rozpoczęłam na blogu cykl o klasycznych potrawach tajskiej kuchni. Niestety, pojawił się tylko jeden wpis, ten o Khao Man Kai. (Mogłabym ewentualnie jeszcze dołączyć Som Tam, ale w tym wpisie bardziej Mistrz Som Tamu się liczył niż samo danie.) Śpieszę więc dodać do cyklu kolejną pozycję – Khao Soi Gai.

Tajlandia, kuchnia tajska, Khao Soi Gai, klasyka kuchni tajskiej, jak smakuje kuchnia tajska

Na wstępnie muszę zaznaczyć, że określenie tego dania jako typowego dla kuchni tajskiej jest z mojej strony lekkim nadużyciem. Dlaczego? Otóż Khao Soi jest szalenie popularny, ale tylko w północnej części Tajlandii, bez problemu można go znaleźć na ulicach Chiang Mai, ale w Bangkoku już nie będzie to takie proste. Danie to jest dobrym przykładem jak kuchnie regionalne przenikają między sobą, w ogóle nie zwracając uwagi na granice państwowe. Khao Soi przywędrował do Tajlandii z Birmy i przyjął się na Północy, choć na Południu kraju już go nie ma. (Co prawda niektórzy twierdzą, że przywędrował z Chin, no ale bez przesady, czy naprawdę wszystko w całej Azji przywędrowało z Chin? Zostawmy coś innym… 😉 )

Khao Soi Gai to nie jest małe danie, oj nie! Tak naprawdę to kawał porządnego jedzenia do porządnego się najedzenia. Makaron jajeczny i udko z kurczaka w kokosowym curry. Całość jest posypana chrupiącym makaronem, a do smaku na talerzyku obok podawane są czerwona szalotka, limonka oraz piklowana kapusta (którą osobiście uwielbiam, głównie dlatego, że troszkę przypomina ogórki kiszone).

Jak smakuje Khao Soi Gai? Przede wszystkim to pikantne i ostre danie – nie oszukujmy się, kilka kęsów i nozdrza przeczyszczone są natychmiastowo i wyjątkowo skutecznie 😉 Po pewnym czasie następuje jednak przyzwyczajenie i Khao Soi zaczyna smakować bardziej wielowymiarowo. Kremowa konsystencja curry, chrupiący makaron, delikatnie słodki posmak i kwaśna piklowana kapusta.

A jak sprawdzić czy Khao Soi Gai jest dobrze przyrządzony? Najlepiej świadczy o tym udko kurczaka, które powinno być tak kruche i delikatne, że po prostu rozpada się na kawałki i łatwo można go zjeść pałeczkami.

Tajlandia, kuchnia tajska, Khao Soi Gai, klasyka kuchni tajskiej, jak smakuje kuchnia tajska

Tajlandia, kuchnia tajska, Khao Soi Gai, klasyka kuchni tajskiej, jak smakuje kuchnia tajska

Tajlandia, kuchnia tajska, Khao Soi Gai, klasyka kuchni tajskiej, jak smakuje kuchnia tajska

Tajlandia, kuchnia tajska, Khao Soi Gai, klasyka kuchni tajskiej, jak smakuje kuchnia tajskaTajlandia, kuchnia tajska, Khao Soi Gai, klasyka kuchni tajskiej, jak smakuje kuchnia tajska

Tajlandia, kuchnia tajska, Khao Soi Gai, klasyka kuchni tajskiej, jak smakuje kuchnia tajska

Jeśli więc będziecie w Chiang Mai koniecznie poszukajcie Khao Soi Gai! To zupełnie inna odsłona kuchni tajskiej. Nie ma tu balansu czterech smaków co prawda, ale i tak warto spróbować. Bo Khao Soi Gai jest smaczny, jest delikatny i lekko uzależniający 🙂

Jesień na dobre zapuściła korzenie, a wraz z jesienią panoszy się dynia. Dynia jest wszędobylska, mnóstwo jej na targach, na blogach kulinarnych czy w gazetach. Zdecydowanie panuje obecnie dyniomaniactwo 😉

Dynia kojarzy mi się z niezbyt udanym podejściem do dania kuchni tajskiej o nazwie Fuk-Tong Pad Khai, co w naszym języku oznacza podsmażaną dynię z jajkiem. Zachęciła mnie rekomendacja znajomej (a dokładniej jej wielkie zachwyty) i prostota dania, bo jak wiadomo najprostsze pomysły w kuchni są najlepsze. Zaczęło się źle – oczy też jedzą a dostałam jakąś brzydką breję na talerzu, która w żaden sposób nie zachęcała do jedzenia z apetytem. Skończyło się równie źle – po jednym czy dwóch kęsach po prostu odpuściłam… Najprościej by było powiedzieć, że Fuk-Tong Pad Khai jest „bez smaku” – mdłe po prostu, bardzo mdłe… Być może diabeł tkwił w dyni, a dokładniej w jej rodzaju? W Tajlandii bowiem używana jest dynia, która wygląda tak:

przepis na dynię, dynia po azjatycku, dynia przepis, kuchnia tajska

Nazywana jest ona kabocha i często gości w tajskich deserach lub daniach głównych. Znana jest prawie w całej Azji, w Ameryce Północnej i Australii, gdzie nazywana jest „japońską dynią”.

Kabocha nie przekonuje mnie swoim smakiem, dlatego do dzisiejszego przepisu użyłam pomarańczowej odmiany dyni, zwanej hokkaido. Mimo, że rodzaj dyni zmieniłam, przy kuchni tajskiej jednak pozostanę – zapraszam Was na dynię w sosie chilli. Tajemniczym składnikiem tego sosu jest czerwona pasta chilli. Tą, którą widzicie na zdjęciu przywiozłam z Tajlandii, choć łatwo możecie ją znaleźć na półkach z kuchniami świata w wielu sklepach.

przepis na dynię, dynia po azjatycku, dynia przepis, kuchnia tajska

Nam Prik Pao, czyli tajska pasta chilli jest jednym z najbardziej znanych i powszechnie używanych składników w kuchni tajskiej. Jej bazą są pieczone papryczka chilli, szalotka i czosnek. Dodawany jest również cukier, suszone krewetki, pasta z tamaryndowca i sos rybny. Pasta idealnie równoważy smak słodki, słony, pikantny i kwaśny. Mimo, że jest dobrze zbalansowana trzeba z nią uważać, by danie nie stało się przyczyną pożaru w ustachi 😉 Balans bowiem w paście jest, ale w tajskim rozumieniu tego słowa, biały człowiek czuje (przynajmniej na początku) wyłącznie ostrą papryczkę chilli.

Pozostaje mi zaprosić Was na pyszną dynię w sosie (inspirowanym) kuchnią tajską. A fakt, że ponad kilogram dyni zniknął w oka mgnieniu, przekonuje mnie, że zapraszam Was na naprawdę smaczną dynię 🙂

przepis na dynię, dynia po azjatycku, dynia przepis, kuchnia tajska

Składniki:

Dynia ok. 1kg, mleczko kokosowe 200ml, czerwona pasta chilli, imbir ok. 2cm, sok z jednej limonki, oliwa, posiekana świeża kolendra lub natka pietruszki

Przygotowanie:

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Dynię umyj i pokrój na kawałki lub plasterki. Połóż na folii aluminiowej i skrop oliwą. Zapiecz, aż dynia będzie miękka, czyli ok. 15-20 minut.

Do małego garnka wlej mleczko kokosowe i powoli je podgrzewaj. Dodaj pastę chilli – na początek płaską łyżeczkę, możesz dodać więcej do smaku. Imbir obierz i posiekaj w drobne słupki, dodaj do mleczka. Mieszaj do czasu, kiedy pasta ładnie rozpuści się w mleku. Na koniec dodaj sok z limonki. Wymieszaj.

Połóż upieczoną dynię na talerz. Delikatnie polej sosem i posyp zieleniną.

Ilość pasty chilli, imbiru i soku z limonki zależy od Twojego smaku. Ja dodałam czubatą łyżkę pasty chilli, bo lubię pikantne dania. Podawaj z ryżem lub z pieczywem z masłem czosnkowym. Smacznego!

przepis na dynię, dynia po azjatycku, dynia przepis, kuchnia tajska

przepis na dynię, dynia po azjatycku, dynia przepis, kuchnia tajska

przepis na dynię, dynia po azjatycku, dynia przepis, kuchnia tajska

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

jesienny poranek, polska złota jesien, jesienne warzywa

Kapryśna, zmienna i urocza. Jesień zdecydowanie jest kobietą! Wczoraj pokazała nam swoje pochmurne oblicze, dzisiaj jest piękna, słoneczna i kolorowa.

Poranne słońce w moim przypadku dało efekt piorunujący. Wstałam rano i wyprowadziłam się na spacer. Najpierw powitało mnie rześkie powietrze, z każdą chwilą robiło się coraz przyjemniej, bo coraz cieplej. Spacer to dla mnie rzadka sprawa, bo nie lubię chodzić bez celu, więc czym prędzej cel w głowie ustanowiłam pod postacią wizyty na Hali Mirowskiej.

Dostawa świeżych warzyw i owoców zawsze działa na mnie pozytywnie. Mam więc dynię – nie ma przecież jesieni bez dyni! Śliwki, żurawinę, figi i paprykę też mam. Będzie się działo 🙂 A jeśli pogoda dopiszę, to może i jutro wyprowadzę się na spacer wśród pękatych dyń i lśniących bakłażanów?